Poniedziałek wielkanocny przyniósł nam jedno z tych pożegnań, które zostają gdzieś pod skórą na dłużej.
Pysia – a właściwie już Bibi – pojechała do swojego nowego domu.
Jej historia nie zaczęła się jednak tutaj.
To córka Rysi, suczki Shiba odebranej z pseudohodowli, gdzie życie sprowadzało się do rodzenia „tanich szczeniaczków”.
Pysia przyszła na świat już po interwencji, w schronisku. A potem obie trafiły do nas – żeby choć ten początek był inny. Spokojniejszy. Lepszy.
Dorastała razem z naszym miotem, w zupełnie innym świecie niż ten, który był dla niej „zaplanowany”.
I była… inna. Bardzo inna.
Nie taka jak Shiby, nie taka jak Jindo, które znam i rozumiem niemal bez słów. W niej było wszystko naraz – upartość, która potrafiła doprowadzić do szału, ogromna otwartość na człowieka, pomysłowość (czasem aż za duża) i czysta, dziecięca radość z życia.
Nie będę udawać – dała mi popalić. I to nie raz.😂
Ale jednocześnie była jednym z tych psów, które uczą pokory i przypominają, że nie wszystko da się zamknąć w schematach.
Czekamy jeszcze na wyniki badań DNA, żeby dowiedzieć się, kim właściwie jest. Jedno wiemy na pewno – jej tata nie był Shibą.
I tu pozwolę sobie na jedną, może niewygodną myśl: gdyby urodziła się tam, gdzie „powinna”, ktoś sprzedawałby ją dziś jako „wyjątkową hybrydę” na OLX. A prawda jest dużo prostsza – za takimi historiami stoi czyjaś chciwość i czyjeś cierpienie.
Dlatego tym bardziej cieszę się, że jej droga skręciła właśnie tak.
Że mogła być szczeniakiem – nie produktem.
Ogromne podziękowania dla Shiby w potrzebie za zaufanie i powierzenie mi Rysi i Bibi.❤️
A Tobie, mała…
idź i bądź szczęśliwa.