Są podróże, które planuje się dlatego, że chce się zobaczyć nowe miejsce. Są też takie, które po wielu latach wydają się po prostu kolejnym, naturalnym krokiem.
Dla mnie wyjazd do Korei należał zdecydowanie do tej drugiej kategorii.
Jindo są częścią mojego życia od wielu lat. To wokół nich powstało Yuukitohokori, później Korea Jindo Dog Association Poland i European Korean Jindo Dog Association. Przez lata poznawałam rasę poprzez psy, dokumenty, stare zdjęcia, artykuły i przede wszystkim ludzi, którzy zajmują się nią w Korei. W pewnym momencie przestało mi jednak wystarczać poznawanie Jindo z odległości ponad ośmiu tysięcy kilometrów. Chciałam zobaczyć je tam, skąd pochodzą.
Nie była to moja pierwsza podróż do Korei — właściwie była już trzecią. Tym razem jednak jechałam tam w zupełnie innym celu. Przez dwa tygodnie to właśnie Jindo miały wyznaczać znaczną część naszej trasy.
I chyba dopiero po powrocie zrozumiałam, że pojechałam do Korei z przekonaniem, że wiem o Jindo całkiem dużo, a wróciłam przede wszystkim ze świadomością, jak wiele jeszcze chciałabym zrozumieć.
Wyspa Jindo była oczywiście jednym z najważniejszych punktów całej podróży.
Przez lata oglądałam ją na zdjęciach i mapach, czytałam o jej historii, izolacji i środowisku, które przez pokolenia kształtowało żyjące tam psy. Czym innym jest jednak wiedzieć o tym wszystkim, a czym innym rzeczywiście znaleźć się na wyspie.
Jindo jest miejscem, w którym obecność psa Jindo widać właściwie wszędzie. W Jindo Dog Theme Park, na pomnikach, znakach, muralach, w lokalnych historiach i — oczywiście — na podwórkach.
Dopiero tam jeszcze mocniej dotarło do mnie, że Jindo trudno rozpatrywać wyłącznie jako rasę psa. Jest nierozerwalnie związany z miejscem, ludźmi, historią i kulturą, które go ukształtowały.
Miałam okazję zobaczyć psy utrzymywane w sposób bardzo różniący się od tego, do którego przywykliśmy w Europie, odwiedzić miejsca związane z historią rasy i po prostu obserwować Jindo w ich naturalnym kontekście.
I właśnie ten kontekst okazał się jedną z najważniejszych rzeczy, które przywiozłam ze sobą do domu.
Jednym z głównych powodów, dla których termin podróży przypadł właśnie na przełom kwietnia i maja, był coroczny Jindo Dog Festival.
W tegorocznej wystawie wzięły udział 224 psy. Z europejskiej perspektywy ta liczba robi ogromne wrażenie. Tutaj spotkanie kilku Jindo podczas jednej wystawy nadal potrafi być wydarzeniem. Na wyspie nagle znalazłam się w miejscu, gdzie wszędzie, gdzie spojrzałam, były Jindo.
Baekgu, hwanggu, młode psy, dorosłe psy, różne linie, różne proporcje i różne interpretacje tego samego ideału rasy. To doświadczenie, którego nie da się zastąpić setkami zdjęć. Możliwość zobaczenia tak wielu psów jednocześnie pozwala dostrzec rzeczy, które przy pojedynczych egzemplarzach łatwo przeoczyć. Dopiero wtedy naprawdę widać zakres różnorodności występującej w rasie, cechy powtarzające się w konkretnych liniach i to, na co zwracają uwagę sami koreańscy hodowcy.
Sama wystawa również wyglądała inaczej niż te, do których przywykłam w Europie. Psy podzielone były na ring dla Jindo zarejestrowanych na wyspie oraz ring dla psów spoza Jindo-gun, a ocena trwała dwa dni i obejmowała między innymi kontrolę cech, na które podczas naszych wystaw praktycznie nigdy nie zwraca się uwagi.
Mogłabym opowiadać o tym wydarzeniu bardzo długo — i prawdopodobnie jeszcze nie raz będę — ale z perspektywy tej podróży najważniejsze było coś innego.
Po raz pierwszy mogłam nie tylko czytać o tym, jak Koreańczycy patrzą na Jindo, ale po prostu stanąć obok nich i patrzeć razem z nimi.
Wystawy pozwalają zobaczyć psy. Hodowle pozwalają jednak znacznie lepiej zrozumieć ludzi, którzy za nimi stoją.
Podczas pobytu w Korei odwiedziłam kilkanaście hodowli Jindo. Każda była inna. Różniły się wielkością, sposobem utrzymywania psów, liniami hodowlanymi, a czasem również samą wizją tego, czym powinien być dobry Jindo.
Różne były też moje wcześniejsze relacje z ludźmi, których tam spotkałam. Niektórych hodowców poznałam po raz pierwszy właśnie podczas tej podróży. Innych od dłuższego czasu obserwowałam w mediach społecznościowych, znałam ich psy i śledziłam kolejne pokolenia ich hodowli. Byli też tacy, z którymi miałam kontakt już wiele lat wcześniej.
Szczególnie miło było mi poznać osobiście pana Song YoungHoon (Raon House) — hodowcę, który przed laty odpowiedział na kilka moich pytań dotyczących dorastającego Haru. Wtedy była to po prostu krótka wymiana wiadomości z kimś znacznie bardziej doświadczonym w rasie. Tym bardziej niezwykłe było spotkać się po tylu latach już na miejscu, w Korei.
To właśnie podczas wizyt w hodowlach odbyłam jedne z najbardziej wartościowych rozmów całej podróży. Mogłam zobaczyć psy, które wcześniej znałam wyłącznie ze zdjęć i rodowodów. Starsze psy hodowlane, młode pokolenia, całe rodziny i linie, których wpływ można znaleźć w rodowodach współczesnych Jindo.
Jedno ze spotkań było dla mnie jednak absolutnie wyjątkowe. Na wyspie Jindo poznałam osobiście pana Park MyeongJae — hodowcę Haru, naszego pierwszego Jindo.
To właśnie Haru w 2017 roku przyjechał do Polski z Jindo-gun i właściwie rozpoczął całą tę historię. Od niego zaczęła się moja droga z rasą, a później wszystko, co stopniowo wokół niej powstało. Dlatego możliwość spotkania po tylu latach człowieka, który go wyhodował — i to właśnie tutaj, na wyspie Jindo — była dla mnie czymś znacznie więcej niż kolejną wizytą w hodowli.
Dwa lata po Haru do Yuukitohokori dołączyła Bomi, dlatego szczególne znaczenie miała dla mnie również możliwość odwiedzenia Noryeong Sanmaek i osobistego poznania jej hodowcy, pana Kim SeongHyeon. Pies, który opuścił Koreę i stał się częścią mojej własnej historii hodowlanej, nagle otrzymał kolejny fragment układanki — miejsce i ludzi, od których wszystko się zaczęło.
Patrząc dzisiaj na zdjęcia z tych wizyt, widzę jednak nie tylko psy. Widzę przede wszystkim ludzi.
Wizyty w hodowlach bardzo często nie kończyły się na oglądaniu psów i rozmowach o rodowodach. Z większością hodowców dzieliliśmy również wspólny posiłek. I chyba właśnie przy stole odbywała się druga, równie ważna część tych spotkań. Rozmowy stawały się mniej oficjalne, pojawiały się historie, żarty i tematy zupełnie niezwiązane z psami. Z perspektywy czasu to właśnie te chwile szczególnie dobrze pamiętam.
Byłam ogromnie wdzięczna za tę gościnność. Za to, że ludzie nie tylko otwierali przed nami bramy swoich hodowli, ale siadali z nami przy jednym stole i poświęcali nam znacznie więcej czasu, niż mogłyśmy oczekiwać.
Jedną z rzeczy, których najbardziej nie chciałabym zgubić w tej relacji, są właśnie oni. Hodowcy, sędziowie, autorzy książek i publikacji o Jindo, osoby zajmujące się historią rasy, a także ludzie, którzy od wielu lat po prostu poświęcają jej ogromną część swojego życia.
Niektórych poznałam po raz pierwszy właśnie podczas tej podróży. Innych od dłuższego czasu obserwowałam w mediach społecznościowych, znałam ich psy albo wcześniej czytałam ich publikacje.
Szczególnym doświadczeniem były dla mnie spotkania z ludźmi, których nazwiska wcześniej znałam z książek, artykułów czy świata koreańskiej kynologii. Wśród nich znaleźli się między innymi autorzy publikacji poświęconych Jindo oraz sędziowie Lee WoongJong i Kim ChangYoung oraz Lee Byung-eok.
To trochę surrealistyczne uczucie — przez lata szukać informacji o rasie w koreańskich materiałach, próbować dotrzeć do kolejnych źródeł i nazwisk, a później nagle stać obok ludzi, których wiedza i doświadczenie były częścią tego procesu.
Wiele miejsc, które udało mi się zobaczyć, pozostałoby dla mnie niedostępnych bez ludzi, którzy poświęcili swój czas, zabrali mnie ze sobą, tłumaczyli, przedstawiali kolejnym osobom i cierpliwie odpowiadali na niekończące się pytania.
Ta podróż była też pierwszą okazją, żeby spotkać na żywo osoby, z którymi byłam w kontakcie od wielu lat. Ann i Rebekę, ale także Danielle i Bobby’ego znałam wcześniej z niezliczonych wiadomości, rozmów, wspólnych tematów związanych z Jindo i kolejnych historii, którymi dzieliliśmy się z różnych części świata. Mimo to aż do tej podróży nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji znaleźć się wszyscy w tym samym miejscu.
Było w tym coś bardzo naturalnego i jednocześnie trochę surrealistycznego — spotkać po raz pierwszy osoby, które wcale nie czuły się jak zupełnie nowi ludzie. Bardzo szybko okazało się, że poza psami równie dobrze potrafimy rozmawiać, śmiać się, jeść i spędzać razem całe dnie, jak i urządzać nocne pogawędki dzieląc pokój. Dzięki nim wiele chwil z tej podróży zapamiętałam nie tylko jako kolejne miejsca i wydarzenia związane z Jindo, ale po prostu jako naprawdę dobre wspomnienia z ludźmi, których cieszę się, że wreszcie mogłam poznać osobiście.
To również dzięki ludziom Korea bardzo szybko przestała być podczas tej podróży tylko miejscem, do którego przyjechałam zobaczyć Jindo. Stała się miejscem pełnym znajomych twarzy.
Oczywiście podróż śladami Jindo miała też swoje zdecydowanie mniej oficjalne momenty.
Na przykład Ulsan, gdzie po wejściu do naszego hotelu zaczęłyśmy nabierać coraz większych podejrzeń, że… chyba właśnie zameldowałyśmy się w love hotelu. 😂 Powiedzmy tylko, że kolejne odkrycia na miejscu zdecydowanie nie pomagały nam pozbyć się tego wrażenia.
Nie wszystkie szczegóły tej historii nadają się do publikacji — ale zdecydowanie było to jedno z bardziej absurdalnych i zabawnych wspomnień z całej podróży.
Chwila oddechu w Busan
Po kilku niezwykle intensywnych dniach Busan stało się dla mnie małym resetem.
Pamiętam moment, kiedy weszłam na plażę i nagle, pierwszy raz od wielu dni, nie musiałam myśleć o wystawach, hodowlach, rodowodach ani o tym, co jeszcze mamy zaplanowane. Poczułam się po prostu… beztrosko.
Poziom endorfin poszybował gdzieś w kosmos i przez chwilę liczyło się tylko morze, plaża i możliwość złapania oddechu po bardzo intensywnych dniach. Na szczęście nasz najlepszy paparazzi, pan Lim SangGap, był w pobliżu i uwiecznił te chwile na zdjęciach, które do dziś należą do moich ulubionych pamiątek z całej podróży. ❤️
Pod koniec podróży czekało mnie jeszcze jedno ważne wydarzenie — specjalistyczna wystawa Korea Kennel Federation w Hwaseong.
Jeszcze przed wystawą mieliśmy okazję spotkać się podczas wspólnej kolacji z osobami zaangażowanymi w jej organizację i koreańskie środowisko Jindo. Wśród nich był między innymi pan Lee Byung-eok, przewodniczący oddziału KKF w Hwaseong.
Następnego dnia na wystawie pojawiło się ponad sto Jindo — ponownie ogromna liczba z europejskiej perspektywy, ale jednocześnie zupełnie inne środowisko niż to, które tydzień wcześniej obserwowałam podczas festiwalu na wyspie.
Po raz kolejny mogłam obserwować psy, rozmawiać z hodowcami i porównywać to, co widziałam wcześniej na wyspie Jindo, z Jindo prezentowanymi w ramach koreańskiej organizacji kynologicznej związanej z FCI.
Sama wystawa nie ograniczała się zresztą wyłącznie do psów. Jedną z dodatkowych atrakcji był pokaz Taekwondo — a skoro po wszystkim nadarzyła się okazja zrobić wspólne zdjęcie z zawodnikami, zdecydowanie nie zamierzałam jej przepuścić. 😄
Tego dnia wydarzyło się jednak również coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.
Razem z Ann i Rebeccą zostałyśmy zaproszone do udziału w wyborze Best in Specialty Show. Przyjechałam do Korei przede wszystkim po to, żeby patrzeć, słuchać i uczyć się — tymczasem nagle znalazłam się na środku ringu, proszona o wyrażenie własnej opinii.
Jeszcze większym zaskoczeniem było wyróżnienie, które otrzymałam za działalność na rzecz promocji i popularyzacji rasy Jindo. Wręczył mi je pan Lee Byung-eok.
Trudno opisać, co znaczy otrzymanie takiego wyróżnienia właśnie w Korei.
Od lat próbuję przybliżać Jindo ludziom w Polsce i Europie — poprzez hodowlę, KJDAP, EKJDA, publikacje, wydarzenia i edukację. Nigdy nie robiłam tego dla nagród. Tym bardziej możliwość usłyszenia w kraju pochodzenia rasy, że ta praca została zauważona, była dla mnie jednym z najbardziej wzruszających momentów całego wyjazdu.
I chyba jednym z tych, które zostaną ze mną na bardzo długo.
Nie wszystko podczas tej podróży było jednak wyłącznie spełnianiem marzeń. W pewnym momencie pobytu w Korei przyszedł również kryzys. Im więcej hodowli odwiedzałam, im więcej psów widziałam i im więcej rozmów prowadziłam, tym wyraźniej uświadamiałam sobie, jak skomplikowana jest ta rasa.
Nie istnieje jedna prosta odpowiedź na pytanie, jaki powinien być idealny Jindo. Nie wszyscy hodowcy patrzą na rasę w ten sam sposób. Historia, współczesna hodowla, system ochrony na wyspie, koreańska kynologia i zmieniające się podejście do psów tworzą znacznie bardziej złożony obraz, niż można zobaczyć z Europy.
Przez moment naprawdę zastanawiałam się, czy chcę wchodzić w ten świat jeszcze głębiej. Jednocześnie wydarzyło się coś pozornie sprzecznego. Mój szacunek do Jindo wzrósł jeszcze bardziej. Zrozumiałam, że rasa, którą wybrałam wiele lat temu, jest znacznie bardziej skomplikowana, niż wcześniej przypuszczałam. I że jeśli naprawdę chcę ją hodować, chronić i przedstawiać ludziom poza Koreą, nie mogę przestać zadawać pytań tylko dlatego, że znalazłam już kilka wygodnych odpowiedzi.
Trudniej było wyjechać, niż się spodziewałam…
Pod koniec dwóch tygodni byłam zmęczona, ale przede wszystkim miałam głowę pełną myśli, nowej wiedzy i pomysłów.
Samo pożegnanie z Koreą pamiętam jednak głównie przez ludzi. Z Rebeccą żegnałyśmy się jeszcze przed hotelem — jechałyśmy na lotnisko różnymi autobusami i na inne terminale. Powiedziałyśmy sobie „I love you” i chwilę później obie płakałyśmy. Po latach znajomości na odległość dwa wspólnie spędzone tygodnie minęły zdecydowanie zbyt szybko.
Do dziś żałuję natomiast, że nie udało mi się porządnie pożegnać z Ann. Miałyśmy spotkać się jeszcze po odprawie, ale jej stanowisko otwierało się znacznie później niż moje i ostatecznie zabrakło nam tej ostatniej chwili razem. To jeden z niewielu momentów tej podróży, przy których nadal czuję niedosyt.
Do Polski wracałam więc z bardzo dziwną mieszanką emocji. Ze zmęczeniem po niezwykle intensywnych dwóch tygodniach, smutkiem pożegnań, ale jednocześnie z głową pełną wiedzy, pytań i nowych pomysłów.
I przede wszystkim — z ogromną motywacją.
Nie miałam jeszcze odpowiedzi na wszystkie pytania, które przywiozłam z Korei. Wręcz przeciwnie, było ich chyba więcej niż przed wyjazdem. Wiedziałam jednak, że chcę zacząć zupełnie nowy etap swojej drogi z Jindo.
Co przywiozłam z Korei?
Po powrocie potrzebowałam trochę czasu, żeby poukładać sobie wszystko, co zobaczyłam. Przywiozłam tysiące zdjęć, notatki, książki i informacje, których prawdopodobnie będę używać jeszcze przez wiele lat.
Ale przywiozłam też coś znacznie ważniejszego. Nowe spojrzenie na rasę. Większą świadomość odpowiedzialności, która wiąże się z hodowlą Jindo poza krajem jego pochodzenia. I relacje z ludźmi, do których dzisiaj mogę napisać z pytaniem, poprosić o opinię, podzielić się materiałem albo po prostu wysłać zdjęcie psa.
Paradoksalnie pojechałam do Korei, żeby dowiedzieć się więcej o Jindo, a wróciłam przede wszystkim z jeszcze większą liczbą pytań. I chyba właśnie dlatego ta podróż okazała się tak ważna. Bo nie była zakończeniem kilkuletniej drogi prowadzącej mnie do Korei. Była jej kolejnym początkiem.
Ta podróż nie wyglądałaby tak samo bez ludzi, którzy poświęcili nam swój czas, otworzyli przed nami swoje hodowle, dzielili się wiedzą, wozili nas przez kolejne setki kilometrów, tłumaczyli i po prostu sprawili, że czułyśmy się w Korei mile widziane.
Jestem wdzięczna każdej osobie, która usiadła z nami przy jednym stole, pokazała nam swoje psy, odpowiedziała na pytania albo pomogła zobaczyć i zrozumieć coś, do czego same prawdopodobnie nigdy byśmy nie dotarły.
Szczególnie dziękuję również tym, którzy podczas tej podróży powiedzieli po prostu: „jeśli będziesz czegoś potrzebować — pytaj” — i naprawdę mieli to na myśli. Kilka miesięcy później nadal odpowiadacie na moje kolejne pytania, pomagacie mi lepiej rozumieć Jindo, szukacie ze mną odpowiedzi i współtworzycie projekty, które narodziły się już po moim powrocie do Polski. To znaczy dla mnie znacznie więcej, niż potrafię tutaj napisać.
감사합니다.❤️
A w październiku wracam.
Wygląda więc na to, że historia rozpoczęta wiele lat temu przez jednego psa z wyspy Jindo nadal nie ma najmniejszego zamiaru się kończyć.





































